Walka o samą siebie #1

20:54:00


Jeden z bardziej oklepanych i banalnych zwrotów, no ale jak inaczej określić to, co robię od ponad miesiąca? Chyba się nie da, więc zostanę przy tych lekko wytartych frazesach. 

Moja przygoda z "walką o samą siebie" zaczęła się pod koniec lipca.


Ciężko mi jest określić dokładnie którego dnia. W sumie to chyba i tak nie ma większego znaczenia. Najprościej można powiedzieć, że walkę rozpoczęłam wraz z przyjściem sierpnia. O! Tak będzie dobrze. Na czym ta walka polega? Stwierdziłam, że nie lubię siebie i muszę się zmienić. Diametralnie. Zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Do tej pory wmawiałam sobie, że nieważne jest to, jak wyglądam."Liczy się wnętrze", powtarzałam sobie.
A co jeżeli i wnętrze przestaje Ci się podobać? 
 
Następuje kryzys. Nie mówię tu o depresji. To nie ten sposób załamania. Człowiek funkcjonuje, zachowuje się w miarę normalnie. Nic nie wskazuje na to, że coś się z nim dzieje. Mało kto wie, że w jego głowie panuje pustka. Czy aby na pewno pustka? Może raczej ogromny chaos, w którym nie jesteśmy w stanie określić kim właściwie jesteśmy? Ciężko to opisać. 

Wystarczy jednak duży kopniak ze strony najbliższych i duża wytrwałość. Zakłada się, że najpierw powinno się poukładać sobie wszystko w głowie, by móc poprawiać się na zewnątrz. Nie wiem, czy się z tym zgadzam. Ja postanowiłam robić to równocześnie. Widząc zmiany zachodzące w wyglądzie, łatwiej było mi zachowywać pogodę ducha i być tą lepszą wersją mnie.


Znalazłam idealną terapię dla mnie. 

Złoty środek. Jaki? Rower. Moja wspaniała kobyłka, w którą mój tata tchnął nowe życie (wymienił wszystkie możliwe części na dużo lepsze, dzięki czemu zyskałam nowy pojazd). Moje treningi rozpoczęłam 2 sierpnia 2014 roku. Od tamtego dnia niemal codziennie wsiadam na "Kobyłkę" i robię 10 km. Pozwala mi to wyładować się, pozbyć się negatywnych emocji. Przestałam wyżywać się na wszystkich dookoła. Odnalazłam swój sposób na stres i zły nastrój. 

Nigdy bym nie pomyślała, że będę uprawiać codziennie sport. Godzina dziennie 6 dni w tygodniu. Gdy nie robię treningu, to mnie nosi. Zaskoczyłam samą siebie. I zyskałam. Wiele. Nie mówię tylko o spadających kilogramach, ale i spokoju ducha. Widzę, że staję się lepsza.

I znów mam pasję. Pielęgnuję to, co sprawia mi przyjemność. "Szeregowy" powoli budzi się  na nowo w mojej naturze. Zaczynam znów wierzyć w jednorożce i królestwo tęczy. :3


Może Ci się spodobać

2 komentarze