Moje małe prywatne Halloween cz. 2: List spóźniony o 11 lat...

16:23:00


Wstęp

Rok 2000. Bawiłam się maskotkami na dywanie. Na kanapie siedziała moja starsza siostra i zajmowała się swoimi nastoletnimi sprawami. Wiecie, w końcu 12 lat to już odpowiedni wiek, by mieć własne tajemnice, którymi nie należy się dzielić. Zwłaszcza z ośmiolatką, bo co ona tam wie? W pewnym momencie do pokoju weszła mama, która dopiero co wróciła z pracy. W rękach trzymała książkę z kolorową okładką i jakimiś żółtymi napisami. "Zapraszam za chwilę Panie do dużego pokoju - będziemy czytać." Obie spojrzałyśmy na mamę ze zdziwieniem. Po chwili uczucie to zastąpiło inne. Spojrzałam na mamę i książkę z niechęcią. Nie lubiłam czytać. (Przez dysleksję bardzo ciężko mi to szło.) No ale mama jest osobą, z którą nie powinno się dyskutować i pełne wątpliwości ruszyłyśmy do dużego pokoju. "Będziemy czytać na głos. Każda po fragmencie." Mama i Aga siedziały na kanapie, a ja na podłodze. Zaczęła mama. Już po kliku pierwszych stronach zaciekawiła mnie opowiadana historia. 
Kto by pomyślał, że tamten wieczór tak bardzo wpłynie na moje życie...


Chłopiec, który przeżył...

Oczywiście mowa o książkach o Harrym Potterze. Niektórym może się wydawać dziwne lub dziecinne, że po tylu latach i pomimo mojego wieku wciąż uwielbiam tę historię. Zawdzięczam jej naprawdę dużo - nauczyła mnie dobrze czytać, wzbudziła we mnie chęć sięgania po książki,  zapewniła mi długie godziny rysowania i bawienia się w  mojego ulubionego bohatera. Gdy zbliżały się moje 11 urodziny, z wypiekami na twarzy czekałam na mój własny list z Hogwartu. Niestety, nie przyszedł. Nie chcąc jednak dopuszczać do siebie myśli o tym, że jestem Mugolem, stwierdziłam, że moja sowa zgubiła drogę i kiedyś w końcu przyjdzie.


List z Hogwartu...

Zbliżały się moje 22. urodziny.  Była środa, czyli najcięższy dla mnie dzień tygodnia. Od samego rana źle się czułam, dopadła mnie małpa zwana migreną i opuściłam większość zajęć. Gdy stwierdziłam, że już widzę cokolwiek na oczy, postanowiłam pójść na ostatnie 3 godziny na uczelnię. Siedząc na wykładzie z Sarą, usłyszałam wspaniałą nowinę, że nie ma ćwiczeń i mogę wrócić wcześniej do domu. Około 17.00 weszłyśmy do "naszej" klatki. Mam taki odruch, że dwa razy dziennie sprawdzam skrzynkę pocztową. Zajrzałam... i ujrzałam dużą kopertę z logo Hogwartu. Serce zabiło mi szybciej, a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Starałam się opanować emocje, by na spokojnie otworzyć list dopiero w mieszkaniu. Po otwarciu drzwi w przedpokoju czekał na nas Przemek, a na stoliku leżał sporej wielkości pakunek, kolejna koperta i małe pudełko.Rozebrałam się szybko, chwyciłam wszystkie nowe skarby i rzuciłam się na łóżko...


Najpierw rozpakowałam główną kopertę, w której znalazłam list napisany przez Minervę McGonagall informujący mnie, że zostałam przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Standardowo poinformowano mnie, jakie książki i wyposażenie kufra powinnam posiadać oraz że jako uczennicy pierwszego roku nie wolno mi posiadać miotły.


Następnie postanowiłam otworzyć mniejszą kopertę, w której znalazłam kartkę urodzinową z małą pandą, a w środku życzenia od moich cudownych przyjaciół (tak, Przemka też uważam za przyjaciela, mimo, że jest moim chłopakiem). 

Później przyszła kolej na małe pudełko. Na opakowaniu widniała podobizna filmowego Harry'ego oraz naszyjnik, który doskonale znałam. Dostałam swój własny Zmieniacz Czasu. Oczywiście po odpakowaniu od razu wylądował na mojej szyi i bawiłam się klepsydrą (oczywiście wiem, że nie powinnam, bo to nie jest zabawka, a POWAŻNA rzecz). 
Pamiętajcie! Jeden obrót w zupełności wystarczy, jeżeli chcecie jeszcze raz przeżyć ostatnią godzinę. :)


Na sam koniec zostawiłam sobie największy pakunek. Gdy delikatnie rozpakowałam górę opakowania, zaczęłam podejrzewać, co znajduje się w środku. Moja ekscytacja sięgnęła zenitu i ręce zaczęły mi się trząść, co znacząco uniemożliwiało mi wydobycie podłużnego przedmiotu. Po walce z papierem w końcu na moich kolanach znalazło się ozdobne pudełko z etykietką ze sklepu Ollivandera.


Otworzyłam je w końcu i właśnie w tamtej chwili po raz pierwszy w życiu trzymałam swoją prawdziwą różdżkę. Pięknie zdobiona i ręcznie malowana. Wykonana z żywicy. 35 cm długości. Twarda. Myślałam, że się popłaczę. Spojrzałam na Sarę i Przemka, a moje serce wypełniło tyle miłości, że aż rzuciłam się na nich, by ich wycałować i wyściskać.



Oczywiście nie rozstawałam się z moją własną różdżką przez cały wieczór. Później Przemek mnie uświadomił, że jest to kopia różdżki Syriusza Blacka, czyli mojej ulubionej postaci z całej serii. Przytuliłam ją jeszcze mocniej do piersi. Jest moja. Moja własna.
Zapytałam go także o jedną rzecz: Czy jest prawdopodobieństwo, że tej właśnie różdżki dotykał sam Gary Oldman? (Aktor ten wcielił się w 3 częściach w mojego ukochanego Syriusza.)

Jestem szczęściarą. Na dodatek 100% czarownicą.
Mogę rzucać zaklęcia i cofać się w czasie. Brakuje mi jeszcze miotły, ale będę musiała poczekać na promocję do drugiej klasy. W końcu pierwszoroczniakom nie wolno. ;)


Może Ci się spodobać

3 komentarze